<< Jak to jest być super W

Kiedy zgłosiłam się na wolontariusza szlachetnej paczki często słyszałam, po co się w to pakuję, po co mi dodatkowy problem na głowie skoro i tak nie będę miała z tego żadnego pożytku i absolutnie nic nie skorzystam? Nawet mój tata stwierdził, że pobiją mnie za pierwszym lepszym zakrętem i tyle tylko będę z tego miała. Ale ja się uparłam.

Tak to wszystko prawda. Zadanie, do którego się zgłosiłam wcale nie jest łatwe, a już na pewno nie jest bezpieczne.

Wolontariusze dobierani są w pary. Jeden jest pełnoletni i tak naprawdę to on ma za zadanie znaleźć i umówić się z rodziną potrzebującą paczkę oraz na miejscu ocenić wspólnie z partnerem najważniejsze potrzeby. Drugi to wspomagający wolontariusz, który jest nieletni. Do jego zadań należy pomoc starszemu koledze, wyrażania swojego zdania, co do wybranej przez nich rodziny oraz zapoznania z regułami by, gdy osiągnie pełnoletniości móc pełnić ważniejsze funkcje.

Rodziny najbardziej potrzebujące nie mieszkają w luksusowej, ani bezpiecznej dzielnicy, tylko najczęściej w domach społecznych lub starych, poniszczonych, często nadających się do zburzenia kamienicach. Ich sąsiedztwo to najczęściej ludzie z marginesu społecznego. Są to jakieś żule i obiboki, którym na pracy nie zależy, bo wygodniej korzystać z zasiłku socjalnego.

Kiedy wraz z Gosią (moją wolontariuszką wspomagającą) przeszłyśmy pomyślnie przez wszystkie formalności, czyli ukończyłyśmy szkolenie zarówno te u lidera rejonu jak i internetowe, zaliczyłyśmy pomyślnie wszystkie testy to znalazłyśmy rodzinę kwalifikującą się do objęcia paczką. Zadzwoniłam do respondenta- Pani Eli i umówiłam nas na wizytę następnego dnia rano.

Kiedy przyszłam na umówione miejsce Gosia lekko stremowana już na mnie czekała. Obie przede wszystkim byłyśmy ciekawe jak taka wizyta wygląda w praktyce, a nie tylko w teorii. Rodzina Pani Eli mieszka w mieszkaniu socjalnym na obrzeżach miasta. Kiedy weszłyśmy do korytarza klatki schodowej natknęłyśmy się na zbiegającego ze schodów już podpitego mężczyznę. Przyznaję się, że wtedy obie się przeraziłyśmy. Pod drzwiami do mieszkania wyjęłyśmy nasze identyfikatory i zapukałyśmy. Otworzyła nam uśmiechnięta kobieta mieszkająca wraz z dorosłym synem i dwójką jego dzieci. W małym mieszkanku panował porządek, nie mieli za dużo mebli, a i tak było ciasno. Rozmowa przebiegała bardzo przyjemnie, pomimo faktu, że na kolanach miałam czerwoną teczkę z logiem „Szlachetnej paczki”, w której musiałam wszystko notować. Pani Elżbieta od samego początku powtarzała, że ona niczego nie potrzebuje, że najważniejsze są jej wnuki. Zależało jej przede wszystkim na ciepłych ciuchach, by zimą nie marzły i elegancko wyglądały w szkole, bo jakby nie było, dzieci chcą ładnie wyglądać a zwłaszcza 12- letnia Agnieszka jak każda dziewczynka.

Po wyjściu od rodziny żadna z nas nie miała wątpliwości, że tym ludziom potrzebna jest pomoc i że kwalifikują się do bazy. Wspólnie musiałyśmy wypisać drugą część ankiety, w której należało opisać nasze odczucia oraz wyjaśnić, dlaczego uważamy, że należy się pomoc. Poszło nam to wyjątkowo sprawnie, z czego byłam zadowolona.

Wizyta u rodzin to dopiero początek. Teraz czekała mnie już samotna papierkowa robota. Wpisanie rodziny wcale nie jest takie łatwe, a wiadomo należy to zrobić fachowo, bo od tego zależy, czy rodziną zainteresuje się jakiś darczyńca. Kiedy rodzina została......

autor: Urszula Ajzyk

1 2 >