<< Recenzja płyty Ten Typ Mes "Trzeba Było Zostać Dresiarzem"

Ilu ludzi, tyle opinii. Zatem można by powiedzieć, że polskich hip-hopowych krążków obfitujących w przekazywanie opinii o otaczającym nas świecie wyszło tysiąc-pięćset-sto-dziewięćset. Tak można by powiedzieć. Ale jeżeli mamy być poważni i dawać poważne osądy, to takich właśnie płyt wyszło z pewnością co najmniej pięć. Pięć, bo Trzeba było zostać dresiarzem to piąty solowy album Tego Typa Mesa. Przez pięć albumów obserwowaliśmy długą, zawiłą drogę przeistoczenia się z rapującego dresiarza w rapera ubranego w koszulę i marynarkę. Oczywiście oznaki tej metamorfozy możemy zaobserwować już parę płyt wstecz, ale ich ostateczne dojrzałe przypieczętowanie to właśnie ten album. Nie ma Polsce drugiego takiego artysty, który w jednym kawałku o błahostkach połączyłby tak bogate słownictwo, tak interesującą i oryginalną lingwistykę z tak fachowym wykonaniem na miarę protoplastów gatunku zza oceanu. A wśród tych drobiazgów zawarte jest pełno zaskakujących opinii wygłaszanych za pomocą metafor na temat chociażby przemian naszej ojczyzny, pięknie życia bez elektryczności, codziennych trudach życia pracownika hipermarketu. Na dużą uwagę moim zdaniem zasługuje utwór „Ikarusałka”. Chyba żaden warszawiak nie ubolewał nad wycofaniem z użytku starych autobusów miejskich marki Ikarus. Mes przedstawił to, jakby odebrano mu część jego jestestwa. Słuchając tego pierwszy raz mamy wrażenie, jakby był to kolejny muzyczny wyciskacz łez o nieszczęśliwej miłości. Historia o kobiecie, którą nie wiadomo czy podmiot bardziej kocha czy nienawidzi. Aż w pewnym momencie dochodzi do nas, że jest to utwór o autobusach. Takich paradoksalnych i dziwnych (a może paradoksalnie dziwnych) myśli jest więcej. Piosenka stanowiąca otwarcie albumu nie jest niestety takim „Otwarciem”, jak z genialnego albumu warszawiaka z 2011 roku, ale świetnie przedstawia nam tematykę całości albumu. W siedemnastu utworach usłyszymy również wyśmiewanie spoconych triballów na ramionach czy szelestu dresu z jednoczesnym usytuowaniem takich zjawisk w naszym polskim miejskim folklorze. Przybliżona nam zostanie tematyka, na którą na ogół w codzienności nie zwracamy uwagi: doznania zamkniętego w swoim czterokołowym świecie taksówkarza, uzależnienie typowego hitu rozgłośni radiowych od słowa „love” czy o pięknie oderwania się od wielkomiejskiego zgiełku na rzecz grillowania na działce. Poruszanie banalnych tematów i przekazanie ich treści w niebanalny sposób to duży plus tego krążka. Kolejnym jest warstwa muzyczna. Znajdziemy tu lepiej dobrany wachlarz nowoczesnych eksperymentów muzycznych niż w przypadku „Kandydatów na szaleńców” oraz takie podkłady, do których Mes przyzwyczaił nas najbardziej. Choć tych wyraźnie odmiennych od pozostałych jest znacznie mniej, ich obecność wcale nie stanowi o tym, że płytę możemy nazwać niespójną. Wręcz przeciwnie – z wyczutą dawką muzycznych emocji przechodzimy od pierwszego do ostatniego utworu. Tematyka każdego z nich pasuje do jego podkładu. Chilloutowy klimat grilla przy działkowej altance oddaje lekki bujający bit. Natomiast przepych żwawych analogowych dźwięków idealnie pasuje do szyderczego „LOVEYOURLIVE”. Dla wzbogacenia wydźwięku dostaniemy nie tylko dogrywane żywe instrumenty dęte, takie jak trąbka i puzon, ale również kobiece jak i męskie wokale. Czasem jako całe refreny, czasem jako nucące wstawki w zwrotkach bądź melodia drugiego głosu. Mimo różnorodności bitów autor na każdym z nich odnajduje się w tak samo dobrze. Ale to akurat nie powinno dziwić, gdyż Mes uważany jest za jednego z najlepszych......

autor: Adam Poprawski

1 2 >