<< Sześć Oscarów

Obraz miłości zawieszony między tradycją a nowoczesnością. „La La Land” świetnie wpisuje się w potrzeby teraźniejszego widza. Dostarcza zmysłom tego, czego już od dawna w kinie nie widzieliśmy.

Przede wszystkim szczególną uwagę przyciąga sam pomysł na realizację filmu. I nie chodzi tu o scenariusz, bo ten jest na pierwszy rzut oka banalny. Chodzi tu bardziej o rękę operatora, który już w pierwszej scenie pokazuje na co go stać. Cała pierwsza scena, w której na autostradzie tłum ludzi śpiewa musicalową piosenkę o słońcu, nakręcona jest na jednym ujęciu. Sama muzyka, oprawa dźwiękowa i wykonanie jest godne podziwu. Jako widz można zatopić się w dźwiękach amerykańskiego, prawdziwego, czarnego jazzu, który dla wielu Amerykanów jest symbolem rozkwitu wolnej sztuki. Między innymi dlatego scenariusz ukazuje głównych bohaterów, Mię i Sebastiana (w tych rolach Emma Stone i Ryan Gosling), jako sentymentalnych mieszkańców Los Angeles, którzy swoje wartości i przekonania budują na pasji. Nie są ignorantami podążającymi za łatwą sławą, chcą czegoś więcej.

„Miasto aniołów” ukazane jest natomiast jako prawdziwa fabryka. Fabryka plastikowych marionetek, którymi Mia i Sebastian nie chcą być.

To nie jest zwykła bajeczka o romansie i niespełnionej miłości. To prawdziwe dzieło, które zasłużenie zdobyło sześć Oscarów. Jeśli chodzi o reżysera Damiena Chazzelle’a, to zapowiada się on na prawdziwego mistrza gatunku. Zarówno w „Whiplash” jak i „La La Land” pokazał nową, jeszcze nie do końca odkrytą świeżość. Któż w wieku 31 lat zdobył Oscara i stworzył historię, która obiegłszy świat, zdobyła serca milionów miłośników kina. Jedyną uwagę, a właściwie radę, jaką mam to żeby oglądać „La La Land” na dużym ekranie. Ten film oczarowuje.

...

autor: Joanna Kuczun