<< Duma narkomana, czyli jak wygrać walkę o życie

- Jeśli ktoś naprawdę chce skończyć z nałogiem, da radę, ale jeśli nie chce, to nie wyjdzie z tego – mówi Gosia. Jej historia pokazuje, że nawet sięgając dna, zawsze można się od niego odbić. I nieważne, czy ktoś jest narkomanem, alkoholikiem, lekomanem czy hazardzistą, bo nałóg uderza z taką samą siłą. To choroba jak każda inna. Może nawet jedna z najcięższych, bo walka z nią trwa nawet całe życie.

(Nie)przyjaciółka heroina

Małgosia ma kochających rodziców i dwie starsze siostry, od których czerpała tylko dobre wzorce. Wydawało by się, że żyjąc w tak dobrych warunkach, niczego więcej do szczęścia nie będzie potrzebować. Jednak mając szesnaście lat, Gosia sięgnęła po pierwszy narkotyk. To wina złego towarzystwa i młodzieńczej nudy. Próbowałam chyba wszystkiego, ale najdłużej przyjaźniłam się z heroiną. Gdy zaczęłam brać ją dożylnie, kilka razy otarłam się o śmierć, bo dostałam zapaści. Nikt mnie do tego nie namawiał. Lubiłam to. Małgosia narkotyzowała się przez jedenaście lat, z czego siedem (z przerwami) trwała jej przygoda z heroiną. W międzyczasie urodziła dwójkę dzieci. Ciąża zmusiła ją, aby przestać brać. - Dłuższy czas przed i po urodzeniu starszej córki nie brałam dzięki ojcu mojego dziecka. Miłość czyni cuda. Nie brałam około trzech lat. Potem, jak się okazało, że to nie mój książę z bajki, tylko nierób i damski bokser, znowu zaczęłam. Wtedy już tylko paliłam heroinę. Gdy byłam w ciąży z drugą córką, znów przestałam, ale jak tylko się urodziła, powiedziałam położnej, że nie chcę karmić piersią, tylko sztucznie. Zadzwoniłam do znajomego dilera, żeby przywiózł mi działkę do szpitala. To od tamtej pory brałam dożylnie .

Pierwszy poważny krok ku trzeźwości i udany

7 stycznia 2009 roku 27-letnia Gosia rozpoczęła terapię w Wojewódzkim Centrum Leczenia Uzależnień „Zapowiednik ” w Opaleniu nad Wisłą. - Pojechałam się leczyć z własnej woli, ponieważ nie miałam już siły kombinować, kraść czy kłamać. Nie radziłam sobie. Nie miałam już wtedy żadnej działającej żyły. Nic wcześniej nie było w stanie zmusić mnie do leczenia, nawet dzieci.

Pobyt w ośrodku ocenia dobrze, choć wspomina, że miewała i gorsze chwile. Na szczęście był tam ktoś, kto jej pomagał, dodawał sił i przywracał wiarę. -To był mój kolega, jeden z pacjentów. Szczególnie pomógł mi w największym kryzysie, gdy uciekałam i całymi nocami błąkałam się. Myślałam wtedy, że mam wszystkich pacjentów i terapeutów gdzieś. Wydawało mi się, że skoro tyle czasu już nie biorę, to poradzę sobie. Mówiłam sobie, że wszystko ze mną ok. I gdyby nie on, uciekłabym jeszcze raz. Nie chciało mi się wkładać w to wszystko tyle wysiłku. Nie wierzyłam w to, że może mi się udać, ale on wierzył. Dzięki temu coś we mnie pękło i zrozumiałam, że chyba warto dać z siebie więcej . Teraz jednego jestem pewna - nie dałabym sobie rady sama. Zapytana o rolę, jaką w terapii odegrały dzieci, Gosia odpowiada: - Ogromną, gdy już zaczęłam trzeźwo myśleć. Wtedy pamięć o nich trzymała mnie w ośrodku, niestety do czasu. Potem stały się wymówką. Tłumaczyłam, że muszę wrócić do domu, bo mnie potrzebują. Odbyłam......

autor: Magda Grzebielucha

1 2 >