<< Wyprawa do Santiago

Do Santiago, hiszpańskiego miasta, od średniowiecza zmierzają ludzie ze wszystkich stron świata. Kto idzie? Różnie. Jedni chcą pobyć przy grobie świętego Jakuba, drudzy poprawić kondycję, a jeszcze inni pragną tanich wakacji. Obraz pielgrzymujących ludzi z kilkunastokilogramowym obciążeniem w pełnym słońcu jest zastanawiający. Czy aby na pewno robią to z nieprzymuszonej woli?

Odpoczywałam pod barem ze swoją kompanką. Po drugiej stronie ulicy siedział mężczyzna w średnim wieku. Ładował do swojego plecaka kamienie. Dobierał je starannie. Tak, by odpowiadały pewnej wadze. Hiszpańskie słońce w godzinach południowych, w okresie wakacyjnym jest nie do wytrzymania. Kulejąc, podeszłam do niego. „Hola” - tak witają się wszyscy Hiszpanie. Podpierałam się kijem. Kulejąca osoba nie robi żadnego wrażenia na Camino de Santiago. Bywają gorsze przypadki jak ogipsowane części ciała, czasami osoby kalekie. „By odkupić swoje winy” - tak brzmiała odpowiedź Anglika na pytanie: „dlaczego?”. Średniowieczny zwyczaj nawołuje pielgrzymów do zabierania ze sobą kamieni, symbolizujących grzech. Wyrzucane są po drodze, zostawiane pod kościołami bądź w symbolicznych miejscach, takich jak Cruz de Ferro (żelazny krzyż na stosie kamieni). Niektórzy donoszą je do samego Santiago. By oczyścić się z win, należy wyrzucić kamień za siebie. Robiono tak przed wiekami, robi się tak teraz.

Wyszedłem z domu

Hola. C'est lui. Dystans jaki pokonują pielgrzymi jest różny. Według średniowiecznego kodeksu należy przebyć minimum 150 kilometrów na pieszo, rowerem bądź konno. Inne sposoby są zakazane pielgrzymom drogi świętego Jakuba. Czas na dotarcie do Santiago jest nieograniczony, może nawet trwać kilka tygodni, miesięcy, a nawet lat. Brenda z Hiszpanii zrezygnowała w połowie drogi, ze względu na zakończenie urlopu: - Wrócę tu za rok albo szybciej. Zależy jak mi się życie ułoży. Ale już nabrałam pewnej siły, sporo przemyślałam. Ludzie wędrują na kraniec Hiszpanii od ponad 1000 lat. Jakub, ojciec późniejszego króla Jana III Sobieskiego, wybrał się tam konno w 1611 roku. Jan Paweł II dwukrotnie w swoim życiu przeszedł Camino, modląc się w tamtejszej katedrze przy grobie św. Jakuba Większego Apostoła. Umiejętność przebijania pęcherzy jest rzeczą podstawową. Każdy pielgrzym jest na to skazany. Prostą, polską metodą przebijałam je zdezynfekowaną igłą. Im bliżej celu, tym więcej pielgrzymów. Można iść samemu, ale i tak jest się skazanym na poznanie nowych ludzi, czasem przyszłych przyjaciół, partnerów życiowych albo po prostu kompanów na tej drodze. Przechodząc odcinek trzystu kilometrów, mija się kilkakrotnie tych samych ludzi. Raz oni są w tyle, raz ja. Wszystko zależy od zdrowia i nastawienia. Ludzie przenoszą informacje z ust do ust. Obok mnie usiadł nasz rodak, o którym mówiło całe Camino, czyli Droga. Ten mężczyzna to siedemdziesięcioletni Andrzej Kofluk. Słuchy o nim dochodziły nawet do Stanów Zjednoczonych, gdzie ludzie dopiero zbierali się do wyprawy. Z wyglądu niepozorny. – Wyszedłem z domu 6 kwietnia. Idę już ponad trzeci miesiąc. - Początkowo towarzyszył mu kolega. Jak w życiu, gdzie każdy ma swoją drogę, tak i oni znaleźli swoją, maszerując osobno. - Jestem wrocławianinem - odpowiedział stojąc przede mną. Zdziwiły mnie jego wcześniejsze słowa: - Trzy miesiące tułaczki po Europie? Przepraszam, ale w pana wieku przejść około 3 tysięcy kilometrów z plecakiem......

autor: Monika Naszydłowska

1 2 3 4 >